wtorek, 31 marca 2015

Na lato pora, więc kręcimy..... LODY






Mimo, że pogoda za oknem nas nie rozpieszcza to jednak mimo wszystko mamy już za sobą pierwszy tydzień wiosny i tylko patrzeć jak ukłoni się nam lato. Pomału budzą się wiosenne stokrotki, jeszcze niewinnie, ale białymi plamkami z żółtymi środkami rozweselają trawniki. Pierwiosnki radują swoimi kolorami, a nawet dostojne róże zaczynają się budzić do życia. Dnie coraz cieplejsze i dłuższe zapraszać nas będą do spędzania czasu na świeżym powietrzu. I nic tak dobrze nie wpływa na samopoczucie, gdy ciepełko praży jak zimne, smaczne i domowe lody. Co prawda tanio nie wychodzi i roboty trochę przy nich jest, ale co własne to własne. I prawie bez chemii. A więc do dzieła.

Na bazę potrzebujemy:

300 ml mleka (im więcej tłuszczu, tym lepiej- wiem, że teraz jest moda na chude, zdrowe, dietetyczne jedzenie, ale od czasu do czasu możemy sobie chyba pozwolić na chwileczkę zapomnienia, prawda?)
300 ml słodkiej śmietanki min 18%
300 g cukru
5 żółtek (pamiętajcie, że gdy używamy w przepisach surowych jajek, należy je sparzyć wrzącą wodą. Co prawda w tym przepisie jest później lekka obróbka techniczna, ale strzeżonego itd.)
do smaku sok z cytryny lub limonki i odrobina soli (sól "łamie" smak cukru tworząc coś w rodzaju posmaku toffi)
Dlaczego napisałem "na bazę"? Bo tego potrzebujemy jako materiał wyjściowy. Od Was zależy jakie lody ukręcicie: czy to czekoladowe, malinowe, waniliowe, czy też inne. Ja akurat zaprezentuję Wam lody malinowe i jagodowe (raczej borówkowe, bo z borówki amerykańskiej).

Śmietankę schładzamy. Mleko zagotowujemy(jeżeli robimy lody waniliowe z naturalną wanilią to dodajemy laskę przekrojoną na pół do zimnego mleka, zagotowujemy i tuż przed wlaniem do żółtek ją wyciągamy, jeśli czekoladowe, to robimy Cacao) i odstawiamy. Zółtka "ukręcamy" z całym cukrem na białą, puszystą masę w większym garnku. Do tej masy pomalutku wlewamy gorące mleko cały czas energicznie mieszając. Tak wymieszaną masę wstawiamy na maleńki ogień i podgrzewamy, aż masa zacznie gęstnieć.Na koniec dodać odrobinę soli.
NIE ZAGOTUJCIE masy, bo żółtka się zetną i cała robota pójdzie na marne. Ma to przypominać gęstą śmietanę. Odstawiamy do pełnego wystygnięcia. Gdy masa będzie zimna, dolewamy śmietanę, i ewentualnie sok z cytryny dla złamania słodyczy, miksujemy i wkładamy na 15-20 min do zamrażalki. Po tym czasie przelać masę do maszynki i kręcić 25-30 min (ja akurat mam słabą maszynkę i u mnie ten czas jest wydłużony o 10 minut). Pod koniec dodać rozgniecione widelcem owoce. Przełożyć do pojemniczka, włożyć do zamrażalki na chwilę, aby stężały i gotowe. Życzę smacznego i chłodnego.


poniedziałek, 30 marca 2015

Piwo inne niż wszystkie

Jak mówią znawcy z tym trunkiem nie da się niczego porównać: od góry anielska biało-kremowa pianka dokładnie na palec, poniżej brązowe niebo o niespotykanym smaku i tylko wytrawni barmani potrafią bezbłędnie nalać jednego pinta (kwadra imperialna-ok. 0,57l)  w odpowiednim czasie czyli w 119 sekund. Każdy miłośnik wie, że trunek musi być odpowiednio nalany i mieć właściwa temperaturę serwowania. -Perfekcyjna pinta  nalewana jest dwustopniowo. Najpierw, pod kątem 45 stopni wlewamy piwo do 3/4 wysokości szklanki. Odstawiamy. Po odczekaniu aż się ustoi, dolewamy do pełna. Pijemy dopiero, gdy oddzielą się wyraźnie warstwy piwa i piany. Pianka powinna mieć wysokość 14-21 milimetrów. Piwo temperaturę 6 stopni Celsjusza. Z miłością do tego trunku trzeba się urodzić: jego wyznawcy mówią, że dodaje sił, energii witalnej, gasi pragnienie, poprawia chuć, a przede wszystkim leczy i duszę i ciało. Wskazane jest również do kąpieli …niemowląt dodając im sił z których znani są irlandczycy :-D.

Zwolennicy mówią, że nie ma nic bardziej doskonałego,  przeciwnicy zaś, że to taki sam sikacz jak inne męskie trunki . Jednak prawdą jest to, że jak ktoś wspomni o Irlandii, natychmiast pomyśli o… Guinnessie, bo właśnie o nim mowa.

Historia tego niezwykłego napoju sięga roku 1759. Niejaki Artur Guinness syn Richarda seniora, zajmującego się między innymi warzeniem piwa, wynajmuje w Dublinie stary, ze słabym sprzętem i nieużywany browar przy bramie na St James Street na okres 9000 lat za nie bagatela 47 funtów. Czemu akurat na taki okres, tego nikt nie wie. W ówczesnych latach na tej ulicy było już 10 innych browarów, wszystkie charakteryzowały się produkcją marnych piw. Artur jednak zdecydował się na jakość, a nie ilość. Rozpoczął od produkcji angielskiego ale, by po 10 latach przerzucić się na portery. I tak rozpoczyna się szalona jazda z szalonym piwem. Browar zaczął się coraz lepiej rozwijać. Artur zaczął pomału wykupywać pobliskie browary, tworząc coraz większa firmę rodzinna. Po 15 latach od rozpoczęcia pracują wraz z nim jego trzej synowie. Produkowany przez Guinnessów porter nazwano: Guinness Extra Strong Porter, którego eksportowano do Anglii, który w krótkim czasie stał się popularny i przemianowano go na: Guinness Stout znany pod tą nazwą do dzisiaj.
W 1803 roku, czyli w roku, kiedy umarł Artur Guinness wartość jego przedsiębiorstwa przekraczała 20 tyś funtów, a browar produkował 20 tys. beczek piwa rocznie (beczka ‚barrel’ =119 litrów). Nasz bohater, jak przystało na rodowitego Irlandczyka spłodził 21 dzieci, z czego tylko 10 dożyło wieku dorosłego.

Na temat samego browaru należy wspomnieć, że jak na ówczesne lata miał całkiem dobrze rozwinięty system socjalny. Rodzina Guinnessów wiedziała, że lojalny pracownik jest na wagę złota, dlatego też w browarze pracowały całe rodziny, od chłopięcego wieku(14-17 lat jako boys, pomocnicy, pomagierzy, roznosiciele), poprzez młodzieńców (18-21 lat jako lads średnio wyszkoleni pracownicy), powyżej tego wieku pracowników nazywano men. Wprowadzono zwolnienia lekarskie (płatne ¾)a na terenie browaru działała przychodnia lekarska dla pracowników i ich rodzin, dla boys’ów wprowadzono darmowe wyżywienie i noclegi oraz opłacano szkołę jeśli do takich chodzili. W XVIII i  XIX w było to innowacyjne posunięcie, prawie nigdzie nie spotykane.
Warto wspomnieć na koniec, że pod koniec XIX w browar był tak duży, że wprowadzono system wewnętrznej kolejki kursującej między poszczególnymi działami produkcyjnymi. Doprowadzono ją aż do rzeki Liffey.  Stworzono również tunele ciągnące się pod ulicami miasta, które służyły do transportu.

Może wystarczy historii. Pomówmy teraz o samym trunku.

Guinness to bardzo ciemne piwo, ze względu na kolor często nazywane czarnym towarem (z ang. the black stuff). Produkowane jest na bazie czterech składników: jęczmienia, wody, chmielu i drożdży. Oryginalny kolor oraz wyrazisty, słodko-gorzki smak zawdzięcza dodatkowi palonego słodu jęczmiennego. Gęsta, kremowa piana, z której słynie Guinness, powstaje dzięki napełnianiu beczek mieszaniną dwutlenku węgla i azotu – wpychają one trunek, nadając pianie trwałość. Pinta Guinnessa zawiera 190 kilokalorii – to piwo jest mniej kaloryczne niż piwo jasne (0,5 l jasnego piwa zawiera ok. 215 kilokalorii). Jego receptura jest opatentowana i chroniona.
Wyniki badań sugerują, ze Guinness może mieć działanie zbliżone do aspiryny i zapobiegać powstawaniu zakrzepów krwi prowadzących do zawałów serca. Autorskim pomysłem technologów Guinnessa jest tzw. widget – napełniona ciekłym azotem plastikowa kulka umieszczana w butelkach i puszkach piwa, dzięki której powstaje gęsta piwna piana.

Rodzaje:

Guinness Extra Stout (5% alkoholu, 11,67% brzeczki) - najbardziej zbliżony do piwa Extra Stout Porter, którego recepturę w 1821 roku opracował Arthur Guinness II. Extra Stout to jeden z najbardziej cenionych gatunków Guinnessa, uznawany za filar sukcesu irlandzkiego browaru. Obecnie konfekcjonowany do butelek i puszek. Optymalna temperatura podawania to 12 stopni.
Guinness Foreign Extra Stout (7,5% alkoholu, 17,48% brzeczki) - jedno z najmocniejszych piw Guinnessa, sprzedawane m.in. w Azji, Afryce i USA. Choć fermentacji i leżakowaniu poddawany jest poza granicami Irlandii, to zawsze powstaje na bazie niesfermentowanego koncentratu brzeczki chmielonej, produkowanej w browarze St. James's Gate. Rozlewany do butelek i puszek. Najlepiej smakuje podawany w temperaturze pokojowej.
Guinness Draught (4,2% alkoholu) - serwowany najczęściej w irlandzkich pubach, od 1988 roku dostępny również w puszkach i butelkach z unikalną technologią zachowania smaku. Zalecana temperatura podawania to 6 stopni.
Guinness Extra Smooth (5,5% alkoholu) - wyłącznie butelkowany, przeznaczony na rynek afrykański (Ghana, Kamerun i Nigeria), gatunek będący próbą połączenia klasycznie wytrawnego Guinness Extra Stout i delikatnej piany charakterystycznej dla Guinness Draught.
Guinness North Star - do skosztowania wyłącznie w Guinness Storehouse St. James's Gate Dublin[potrzebne.
Guinness Mid-Strength - o obniżonej zawartości alkoholu do 2,8%, testowany od 2006.


Dublin Huston z wieży widokowej Guinness Storehouse
I już na sam koniec. Od 2000 roku na terenie browaru otwarto Guinness Storehouse rodzaj muzeum – turystyczna atrakcja, którą od 2000 roku odwiedziło ponad 9 mln gości. Ja też tam byłem i na samej górze piwo piłem, o czym świadczą te zdjęcia.




No to jak? Jeszcze po jednym pincie?
Wellington Monument. Park wokół to Phoenix Park

niedziela, 29 marca 2015

Żur i Barszcz. Domowy zakwas na tradycję.

 Z roku na rok pomału odchodzimy od tradycji w kuchni. Coraz rzadziej babcie siedzą w kuchni i pichcą w czarodziejskich kociołkach powidła ze śliwek węgierek, przepyszne marmolady z gruszek i jabłek, ogórków w occie, czy sałatek wiejskich z pomidorów, marchewki, cebuli i kapusty z nasionami kopru i kminku. Bo o wiele łatwiej pójść do sklepu i kupić "gotowca". Tak jak majonez wg receptury babuni (ten sam smak sprzed stu lat). I czytając skład człowiek się zastanawia, skąd te nasze babcie wzięły sto lat temu emulgatory, zagęstniki, smaki zgodne z naturalnym i przy okazji te wszystkie E-ski.
Czy ktoś pamięta jak smakuje taki prawdziwy wiejski babciny żurek? Ten zapach czosnku i majeranku, przeplatany zapachem wędzonego na prawdziwym dymie boczku, który aż "wysysał" żołądek. Albo kolor barszczu czerwonego, do którego nie wlewało się octu, aby był lekko kwaśny i miał ładny kolor?
Przedstawiam podwójną odsłonę w stylu vintage: zakwas na żurek i zakwas buraczany. Proste, łatwe i mało pracochłonne.
A więc pierwszy gość w kociołku: Zakwas na żurek:

Potrzebujemy:

200 gram mąki żytniej
1l wody przegotowanej wody

Dla tych, którzy lubią pokombinować można dodać 2-3 ząbki czosnku przekrojone wzdłuż, ziele angielskie (kilka kulek), liść laurowy czy też majeranek. (Ja osobiście preferuję tylko czosnek, woda i mąka)
Tyle ze składników. A oprócz tego potrzebny będzie jeszcze słoik, gumka i gęsta gaza (lub woreczek foliowy, podziurawiony igłą).

Słowo wstępne: Sterylność to 90% sukcesu, gdy robimy przetwory. Nie mówię tutaj o sterylności szpitalnej (autoklawy, sterylizacja 8-ośmiogodzinna itp), ale minimum czystości musi być. Słoik ma być wyparzony, łyżki do mieszania czyste i wyparzone.

Do wyparzonego słoika wsypujemy mąkę, dolewamy ciepłą (taką o temperaturze pokojowej, może ciut cieplejszą, ale maksymalnie 30C) wodę, mieszamy, tutaj możemy dodać dodatki, przykrywamy słoik gazą i odstawiamy w ciepłe miejsce (Zakwas lubi ciepło- zbyt chłodno może doprowadzić do powstania pleśni, albo gorzkiego smaku). No i czekamy. Codziennie należy zamieszać i przesłać buziaka. Gdy prześlemy mu 5-6 buziaków i będziemy czule go ogrzewać, to zakwas będzie gotowy. Odcedzamy i przelewamy do butelek. Taki zakwas można przechowywać 2 tygodnie w lodówce. Warto też odlać trochę do słoika i odstawić w kąt lodówki jako zaczyn do następnego zakwasu. To ułatwi i przyśpieszy następne "kiszenie". Starter można przechowywać w lodówce do 3 miesięcy. Z tej ilości zakwasu można ugotować 3l czystego żurku.

Kto raz spróbuje żurku na takim zakwasie, ten zapomni o torebkowym.

Drugi gość w kotle to tajemniczy pan w czerwieni: Zakwas buraczany:

Potrzebujemy:

    1,5 kg buraczków najlepiej podłużnych o średnicy 8-9 cm
    1,5 litra wody przegotowanej
    5-6 ząbków czosnku (można zmniejszyć ilość czosnku)
    1,5 kopiastej łyżeczki soli morskiej lub kamiennej

Buraczki dobrze myjemy i obieramy ze skórki. Kroję na mniejsze kawałki, nie muszą być plasterki.
Przegotowuję wodę  z solą i studzę. Czosnek obieram i każdy ząbek przekrajam na pół.
Pokrojone buraczki wkładam do słoika przekładam czosnkiem, zalewam ostudzoną wodą tak żeby przykrywała buraczki i zakręcam mocno słój lub jak w moim przypadku zamykam klamrę. Odstawiam w ciepłe miejsce na 6-7 buziaków. Czasami zbiera się piana, którą należy zebrać. Codziennie mówimy do słoika czułe słówka i żeby zakwas z tego wszystkiego się nie zapowietrzył otwieram na minutkę i daję mu odetchnąć. Przecedzam zakwas przez cienką ściereczkę, rozlewam do butelek z klamrą.Chłodna spiżarka czule przyjmie butelczyny, a gdy jej brak w  lodówce może być przechowywany przez kilka tygodni. A z buraczków po przecedzeniu można zrobić pyszny barszczyk. Sam zakwas pity przed obiadem (z pół szklaneczki) poprawia zdrowotność układu pokarmowego i wzmacnia odporność. 
Czyste czerwone złoto dla organizmu.




No to do dzieła. Róbcie zakwasy i już Was nie zatrzymuję.


Alutka

Alutka to nadzwyczajne stworzenie. Jak przystało na prawdziwą Damę jest rozpieszczona, rozwydrzona, rozkrzyczana, wiedźmowata, uparta, czasami złośliwa i wredna. Ale przede wszystkim jest kochana. Taki mój mały, szary Wypłosz.

Alutka miała bardzo ciężki początek swojego życia. Jeden z klientów w mojej pracy przyniósł ją do pracy w pudełku. Godzinę wcześniej wyciągnął ją spod samochodu. Chciał się nią zająć, lecz niestety w domu miał boksera, który po prostu wpadał w szał. Pytał się czy ktoś tym stworzeniem by się zajął. Ja już miałem kota Pana Bandytę, więc niezbyt mi to pasowało. Jednak gdy zajrzałem w pudełko moje serce zamieniło się w maleńką grudkę tak mocno je ścisnęła istotka w pudełku. A był to obraz nędzy i rozpaczy. Coś wielkości niedożywionego szczurka, ważące może ze 150g (waga urodzeniowa zdrowego kociaka to 90-110g, a ona miała z 5 tyg i powinna ważyć co najmniej 350-400g) z wielkimi uszkami, złamanym ogonkiem i tym czymś w oczkach: nutą błagania, nutą lęku, a przede wszystkim obojętnością, jakby chciała powiedzieć, że już ma dosyć.
No i wziąłem wypłosza. Wizyta u weta, nastawienie ogonka, odrobaczenie. Wet nie zaszczepił mi jej na początku, bo bał się, że może tego nie przetrzymać. Pierwsze dwa tygodnie były ciężkie. 6-miesięczny Bandyta był bardzo zazdrosny, więc było trochę zabawy. Alutka była tak wynędzniała, że przez pierwszy tydzień nosiło się ją do miski, kuwety, ogrzewało pod kocem (co zostało jej do dziś- uwielbia spać przykryta). Nie miała siły stać na własnych łapkach. W nocy co 3 godziny pobudka, karmienie, kuweta, spanie.

Kocia wojna pomiędzy Alutką a Bandytą trwała do czasu, aż jaśnie Pani stanęła na własnych nogach (jakiś miesiąc później). Karmienie Alutki polegało na tym, że na ten czas zamykaliśmy drzwi od kuchni, aby Bandyta nie miał do niej dostępu. Któregoś dnia nie domknąłem drzwi i Bandzior się prześlizgnął. Usłyszałem za sobą syk, odwróciłem się i ujrzałem najeżonego i syczącego Bandytę i wpatrującą się w niego Alutkę. Serce mi podskoczyło do góry. "Będzie jatka"- pomyślałem. No i była. Alutka niespodziewanie podniosła łapkę, wystrzelała Bandytę po pysku z prędkością światła i zaczęła jeść dalej. A Bandyta? No cóż przestał syczeń, sierść mu się uspokoiła i nastał rozejm, a nawet powiem więcej niż rozejm. Nastała miłość.


O moim kocim świecie opowiem w następnej odsłonie.

Zwartnica zwana również Hippeastrum. Królowa moich roślin cebulowych.


Chyba wszyscy znają to cudo. Wśród językowatych liści wyrasta gruba, długa łodyga na końcu której rozkwitają olbrzymie kwiaty, większe niż dłoń. To zwartnica, czasami zwana hippeastrum.
Zwartnica (Hippeastrum Herb.) – rodzaj roślin z rodziny amarylkowatych. Istnieje około 80 gatunków rosnących w tropikalnym i subtropikalnym klimacie Ameryki Południowej – od Argentyny aż po Meksyk i Karaiby. Rośliny cebulowe. Cebulki mają średnicę 5-12 cm i wytwarzają kilka zimozielonych liści. Łodyga jest prosta, pusta w środku, wysokości do 60 cm, dźwiga zwykle do czterech (wyjątkowo do 6) dużych kwiatów o średnicy do 30 cm, mających 6 dużych płatków. Kwiaty są na ogół koloru czerwonego, różowego, białego lub pomarańczowego i pojawiają się przed rozwojem liści. Niektóre mają kolorowe paski na płatkach.
 Zwartnice często mylone są z inną rośliną z rodziny amarylkowatych – amarylisem (Amaryllis belladonna).

Zwartnice muszą do okresu kwitnienia mieć dużo światła i temperaturę 20-23C. Gdy rozwijają się pierwsze pąki kwiatowe roślinę przenosi się do chłodniejszego pomieszczenia, co pozwala na lepsze wybarwienie się kwiatów i dłuższe kwitnienie. Jako podłoże wystarczy zwykła ziemia kwiatowa, na dnie doniczki powinien być drenaż zapobiegający gniciu cebul. Początkowo po zasadzeniu cebuli roślinę podlewa się obficie, później umiarkowanie, a gdy pojawią się pędy kwiatostanowe, znów podlewa się obficiej. Przez okres wegetacji nawozi się co 3-4 tygodnie nawozem wieloskładnikowym. Po przekwitnięciu rośliny i zżółknięciu liści przechodzi ona okres spoczynku. Wówczas należy zaprzestać podlewania i przez 2-3 miesiące przetrzymywać doniczkę z suchą ziemią i cebulą w chłodnym i ciemnym miejscu. Rozmnaża się głównie przez cebule przybyszowe, które sadzi się pojedynczo do doniczek (wskazane jest zaprawienie ich środkiem grzybobójczym).

Mam to szczęście, że mogę się cieszyć aż 3 kolorami: przedstawionymi tutaj czerwonym, białym i różowym z białymi paskami.

sobota, 28 marca 2015

Chłopski garnek: makaron z tuńczykiem

Drodzy Panowie.
Dostajecie smsa od lubej: za półgodziny jestem u Ciebie z moją mamusią. Liczę, że ugościsz nas godnie. A ty biedny człecze, nie dosyć, że na kacu, mętlik w głowie, czy dzisiaj jeszcze sobota, czy może już poniedziałek, czego od Ciebie chce przyszła teściowa, a przede wszystkim, czy w lodówce jest grzybnia czy susza. Szybkie orzeźwienie, wgląd w lodówkę i uświadamiasz sobie, że tam jest makaron z wczorajszego rosołu: rosół wyrzłopałeś na kaca - makaron pozostał. Słodka teściowa już tuż, tuż a ty w pępku świata.
       No chłopie, od czego w końcu jest "czarownikowy kociołek"? Więc do dzieła:

Potrzeba Ci:

1 cebulę
2-3 ząbki czosnku
3-4 łyżki oleju
trochę pieprzu,cukru, soli i koncentratu pomidorowego
puszkę tuńczyka
innych przypraw w pieleszach kuchennych

I zaczynamy: W przerwach można walnąć co nie co w kibelku, ogolić się, podrapać się po dzwonkach i umyć kły. Cebulę obieramy i czosnek też. Cebulę siekamy grubo, czosnek mniej.
Smażymy cebulę. Jak się zeszkli dodajemy  tuńczyka, cukier, sól i pieprz. Na koniec koncentrat, czosnek i makaron. Gorące  ozdabiamy czymś co na zbyciu (majeranek, bazylia, szczypiorek, czy też inne świństwo). Teściowa na 100% zadowolona, że ma zaradnego przyszłego zięcia .
      Honor męski uratowany, a i spojrzenie łaskawsze od płci przeciwnej. Cóż więcej do powiedzenia. 1;0 dla płci brzydszej.

Dudowe eksperymenta w strefie Euro

Ot taka świeżynka sprzed 24 godzin. Pan Duda "pokazał" jakie te euro w Europie jest złe (oczywiście pod patronatem tego parszywego PeŁo). W Europie te euro sprawuje się całkiem dobrze, ale w Polsce przyniesie same zuo i doprowadzi do klęski i nędzy. I tak z wyliczeń Pana Dudy: Słowacja kontra Polska  w przeliczeniu łoma na łom (czyli przewalutujemy z euro na złotówki bez brania pod uwagę na aktualną sytuację w danym kraju stosunku zarobku do stawek w sklepach, a w odniesieniu do polskiego rynku) wynika, że te Paskudne euro zniszczy, zdepcze i zuboży biednych , polskich obywateli. Panie Duda, przeliczając Pana metodą, gdy Euro dotrze do Polski to paczka papierosów będzie kosztowała 35 złotych (7,5 euro w Irlandii), za ziemniaki trzeba będzie zapłacić 8 złotych (1.90 euro w Essen), a za sok jabłkowy 7,79 (1,79 euro we Freiburgu). Tylko małe ale Panie Duda. Policz Pan, ile można za jedną godzinę pracy kupić papierosów w Irlandii, ziemniaków w Austrii, soku w Niemczech, jogurtów na Słowacji, a ile tego wszystkiego w Polsce. Do dzisiaj ślę mojej mamie niektóre produkty spożywcze w banalnych cenach, które tutaj  w Irlandii są niezwykle tanie, a w Polsce są bardzo drogie lub niespotykane. Więc Panie Duda: przestań szerzyć propagandę niczym za czasów PRLu. Czyli stać mnie w Irlandii: za 1 dzień mojej pracy na kupno tego wszystkiego z jednego rachunku Pana Dudy. A jak to wygląda w Polsce? Duda: Przestań szerzyć głupią propagandę, niczym za czasów PRL


Samson

Mam w domciu dwa koty. Jednym z nim jest Samson. Duży, rudy, piękny z bujnym, grubym ogonem właściciel w 40% mnie ( drugie 40% zajmuje Alutka - mój drugi kot, reszta dla mojej rodziny).




Szyderca? Tak. Łajza? Oczywiście !Jak najbardziej! Czy kochany? Głupie pytanie :-D.
Pewnego deszczowego i ciepłego dnia na moim parapecie(mam tzw niskie okno - 40 cm od poziomu domu - 40 cm od sufitu, duże, piękne) siadło to cudo i zrobiło "miau". Oglądałem w tym momencie film i właściwie nie wiedziałem, czy to "miau" to mój stan umysłu, czy film, czy też mam omamy. Gdy za drugim razem usłyszałem " miau" podszedłem do okna, odsłoniłem firankę i "to coś" z parapetu wskoczyło do domu i skorzystało z miski mojej Alutki, które stało akurat przy oknie. Stałem jak wryty i powiem szczerze byłem pod wrażeniem "bezczelności" tego małego stworzenia (pozostało mu to do dziś- dalej jest bezczelny i ma to szeroko i głęboko... wiecie gdzie). Pojadł sobie zdrowo, spojrzał na mnie, wspiął się po nogawce moich dresów, zawinął się w kłębek i poszedł spać. A ja? No cóż.  Po 3 latach dalej jestem w szoku jego bezczelnością :-D.


Początki są trudne

Właściwie nie wiem o czym będzie ten blog. Dziwne, dopiero co zaczynam, a sam nie wiem co będę na nim robił. Niezbyt dobrze to może świadczyć o przyszłości tego bloga, no, ale skoro innym się udało, to może i mnie też. Co będzie na tym blogu? Trochę prywatnych spraw, zamiłowań, polityki, przepisów, fotek.... Nie będzie to blog jednokierunkowy, bo i ja nie jestem ukierunkowany. Interesuję się wszystkim i niczym. Zdarza się, że czasami jestem czymś zafascynowany do granic możliwości i przechodzi mi to po pewnym czasie, a inny temat drążę i drążę i drążę i jestem toporny na wiedzę... A innym razem spojrzę na świat, cyknę fotkę i chcę zapamiętać ten moment. Mam mnóstwo fotek, których się i wstydzę i boję, czy inni podzielą moją fascynację uchwyconym momentem. Albo znajdę w sieci przepis na potrawę, która jest prosta i łatwa do przyrządzenia. Skoro łatwa i prosta to wszyscy muszą ją znać. No i czy podzielić się z nią? Bo skoro łatwa i prosta to być może wszyscy ją znają i wyjdę na ignoranta, że tylko ja nie znam tego przepisu. A być może właśnie jest odwrotnie: skoro przepis jest łatwy i prosty to nikt znany w "kulinarnych" blogach go nie umieści, by nie urazić swojej doskonałości? Mam nadzieję, że trochę mi pomożecie. Bardzo byłbym wdzięczny za słowa wsparcia, otuchy i pomocy. Nie będę tolerował bezczelności, chamstwa, wulgarności i bezsensownych ataków w stosunku do mnie jak i innych komentatorów. Więc cóż zaczynam.